Arkadiusz Miłoszewski
Arek Miłoszewski to wychowanek Polonii Warszawa, spędził w niej 11 sezonów. Nawet zmieniając barwy klubowe pozostał w Polonii (Przemyśl). Reprezentant Polski, zdobywca czterech medali mistrzostw Polski. Dwukrotnie wprowadzał Czarne Koszule do ekstraklasy. „Miły" to też niezwykle barwna postać i ciekawa osobowość. Dobry duch drużyny, do swoich zespołów wnosił zawsze dużo humoru i pozytywnej energii. Nic dziwnego, że dla polonijnej młodzieży stał się po prostu legendą warszawskiej koszykówki. W tym roku pracuje jako trener w Polonii 2011.
Arek to także świetny rozmówca, poniżej przedstawiam zapis jego koszykarskich wspomnień.
Arek to także świetny rozmówca, poniżej przedstawiam zapis jego koszykarskich wspomnień.
Być jak ... Roman Wójcicki
Do koszykówki trafiłem późno, w 1989 roku, miałem wtedy 16 lat. Trenowałem w szkole na ul. Stawki, która była kuźnią talentów trenera Krzysztofa Latosa. Ale zaczynałem oczywiście od piłki nożnej, grałem na stoperze w trampkarzach Polfy Tarchomin. Trenował mnie tam Krzysztof Chrobak, późniejszy trener ligowej Polonii. Byłem wysoki i myślałem, żeby zostać drugim Romanem Wójcickim. Wkrótce jednak wkrótce zaczęły się moje kłopoty z ... butami. Nie było korków w moim rozmiarze, zawsze miałem za małe. Do tego, grając jako stoper miałem ciągle poranione uda, od wślizgów na tych przypominających kartofliska boiskach. W jednym meczu w Nowym Dworze dostałem czerwoną kartkę. Przy wślizgu poczułem okropny ból, jak zdrapywałem jakąś niedoleczoną ranę. Upadł na mnie zawodnik, a ja z tego bólu chciałem go strząsnąć i kopnąłem go, chyba w brzuch. Konsekwencją kartki było trzymiesięczne zawieszenie, jak się okazało, zbawienne w skutkach. W tym czasie straciłem trochę zapału do treningów piłkarskich, a kolega zaprowadził mnie na trening do trenera Latosa. Miałem tylko pooglądać, ale trener się mną zainteresował, wyciągnął ze swojego kantorka trampki w moim rozmiarze i koszulkę. Te trampki były wówczas szmaciane, marki „Stomil". Trener Latos zawsze miał ich ogromną ilość, a starczały pewnie na miesiąc treningów. Trener nigdy ich jednak nie żałował, a moje kłopoty ze sportowym obuwiem skończyły się. Do piłki nożnej już nie wróciłem.
Początki
Miałem wtedy 16 lat, ale koszykarsko nie potrafiłem niczego. Trafiłem do grupy Krzyśka Sidora, chłopaków o dwa lata młodszych, żeby oswoić się z piłką. Byłem tak „zielony", że nawet nie wiedziałem, że można przekozłować piłkę za plecami. Byłem jednak zawzięty, po dwóch latach treningów dostałem od trenera Latosa proporczyk i koszulkę, bo nie opuściłem ani jednego treningu. Trener notował sobie wszystko, jest z tego znany. Po roku treningów doszedłem do swojego rocznika. Wtedy pojawiła się już propozycja, bym pojechał z seniorami na obóz przygotowawczy. Dla wielu moich kolegów taka propozycja była marzeniem, dla mnie tym większym, ze dostałem ją już po roku treningów. Oczywiście się zgodziłem. Obóz był dwutygodniowy, bieganie, siłownia, bez piłek, było strasznie ciężko. W hotelu po schodach musiałem schodzić tyłem, a musiałem się z tym kryć przed starszymi. Moim oparciem był tam oczywiście trener Latos, który asystował Andrzejowi Nowakowi. A po obozie byłem już na tyle silny, że mogłem zrobić swój pierwszy wsad.
Po dwóch latach byłem już w drużynie seniorów. W lidze debiutowałem u trenera Jabłońskiego. Gdy do naszego zespołu dołączył Królik, doszli Ukraińcy Żełudok i Ugriumow, udało nam się awansować do ekstraklasy.
W juniorskiej koszykówce udało mi się wywalczyć brązowy medal Mistrzostw Polski. W tym zespole grałem z Tomkiem Rozwadowskim i Krzyśkiem Sidorem. W półfinale trafiliśmy wtedy na naprawdę dobry zespół Skry, ze świetnym wówczas Piotrem Szybilskim. Medal przyszedł mi jednak ciężko, przed terminem półfinałowym skręciłem kostkę. Ponownie ją skręciłem w meczu o brąz ze Śląskiem Wrocław. Trener Pietruszak kazał jednak lekarzowi za wszelką cenę doprowadzić mnie do stanu, bym mógł chociaż stanąć na boisku. Więc grałem kulejąc. Jak trzy razy nie zdążyłem wrócić do obrony, a koledzy obronili, to nawet zdobyłem po kontrach kolejne sześć punktów.
Magia Konwiktorskiej
W ekstraklasie graliśmy wtedy oczywiście na Konwiktorskiej. Dla mnie to były wspaniałe momenty. Rzadko kto u nas wygrywał. A każdy mecz był dla nas jak święto. Jak dostałem pierwsze powołanie do meczowego składu, to całą noc nie mogłem zasnąć. Nie chodziło nawet o to, że zagram. Sam udział w rozgrzewce mnie ekscytował. Wystarczyła ta świadomość, że pokażę się tym wszystkim ludziom, na rozgrzewce dam kilka wsadów. To było niesamowite przeżycie. W zespole byli wtedy Witek Ziółkowski, Robert Tolik, trochę oszukany center, ale z okolic linii osobistych trafiał wszystko, Wojtek Królik, niekonwencjonalny rozgrywający, Waldek Kijanowski, Krzysiek Lubaszka. Na mecze przychodziły całe rodziny, warszawscy dziennikarze. Doping był cały czas, a piłkarscy kibice śpiewali przez cały mecz. Fantastyczna publiczność. Po meczu i my, i kibice, chodziliśmy do takiej pizzerii na ul. Andersa. Kibice raczej zasiadali w części dla palących, my w drugiej części, ale to też był pewien rytuał. Była silna więź między nami.
W ojczyźnie koszykówki
W 1993 r. z Polonią pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych. Zobaczyliśmy tam obiekty sportowe, które dla nas wyglądały jak nie z tej ziemi. Do tego ludzie żyjący koszykówką. Na przedsezonowym meczu pojawiało się po 14 tysięcy ludzi. Sportowo było to z pewnością doskonałe doświadczenie, polecam każdemu. Graliśmy z Uniwersytetem Xavier, wtedy tam grali Tyrice Walker i Jeff Massey, którzy później trafili do Polski, ale też i Brian Grant, który zrobił poważną karierę w NBA. Mieliśmy opiekunkę, czarnoskórą amerykankę. Zaimponowaliśmy jej, mówiła, że nie widziała jeszcze tak walczącej drużyny. Powiedziała nam, że chyba jej rodzina też pochodzi z Polski, bo to poświęcenie i zaangażowanie nas łączy. Gdy się z nami rozstawała, miała łzy w oczach. Później miałem propozycję, od Jacka Dudy i Waldka Sendera, którzy studiowali w Providence, żebym wyjechał tam na studia, że mi pomogą. Nawet proponowali pomoc w nauce języka. Ale ostatecznie zamiast mnie pojechał Piotrek Szybilski. Dopiero po pół roku studiów na uczelni poznali się, że Piotrek słabo mówi po angielsku i wysłali go do szkółki językowej. Dla Piotrka ten wyjazd może nie był sportowym sukcesem, nie grał tam dużo, ale z pewnością zdobytego wykształcenia nikt mu nie odbierze.
Wyjazd i kadra
W Polonii przyszedł taki sezon, kiedy pojawiły się duże ambicje. Ściągnięto Marka Sobczyńskiego, Jacka Łączyńskiego, Sendera, Dudę. Mieliśmy grać o mistrzostwo, jednak już w październiku okazało się, ze są braki w kasie i zespół błyskawicznie się rozsypał. Pamiętam, że moje pobory to było wówczas jakieś 150 zł w formie stypendium. Pod koniec pierwszego okresu w Polonii dostałem pierwszy kontrakt, około 500 zł. Musiałem odejść, urodziło mi się dziecko, musiałem o tym myśleć. Po konsultacji z Wojtkiem Królikiem poszedłem też do Polonii, ale Przemyśl. Wojtek to następna osoba po trenerze Latosie, która pociągnęła mnie do góry. Mówił mi, że w Przemyślu szykuje się dobra ekipa, ale brakuje im młodych zawodników. A grali tam Wojtek Królik, Dariusz Szczubiał i Justyn Węglorz, którzy razem mieli około 110 lat. Za to odejście to obraził się na mnie trener Jabłoński, nie chciał się do mnie nawet odzywać. Jednak gdy graliśmy z Polonią w Przemyślu, a po meczu wracałem z chłopakami z Polonii pociągiem do Warszawy, to wtedy trener powiedział mi, że pocieszające jest chociaż, że nie obniżyłem sportowego poziomu. A ja rzuciłem wtedy Polonii w pierwszym meczu 28 punktów, w drugim 32. Trenera Jabłońskiego wspominam sympatycznie, łączyło mnie z nim więcej niż tylko trening i gra. On też mieszkał na Tarchominie i często mi pomagał, także w pozasportowych sprawach. Teraz mieszka w Żyrardowie i trenuje tam dzieci.
Już w okresie mojej gry w Przemyślu koszykówka zaczęła się zmieniać, pojawiać się zaczęli Amerykanie. W Przemyślu mieliśmy dwóch wysokich. Ja jednak wywalczyłem sobie miejsce w składzie, choć początkowo było zarezerwowane dla Justyna Węglorza. Czułem się jednak od niego już lepszy i chciałem koniecznie grać, groziłem nawet, że oddam wszystkie pieniądze i wrócę do Warszawy. Wskoczyłem do piątki, a potem trafiłem do kadry, grałem w eliminacyjnym turnieju przed Mistrzostwami Europy w 1997 r.
Wtedy zacząłem już myśleć o powrocie do Warszawy, tu spędzałem każdą wolną chwilę. Jednak najpierw przytrafiła mi się poważna kontuzja kręgosłupa. Ta kontuzja pozbawiła mnie szansy gry na mistrzostwach. Klub się mną zajął, a ja postanowiłem się jakoś zrewanżować i pograłem tam rok dłużej.
Po kontuzji ciężko mi było jednak wrócić do pełnej formy. Miałem operację usunięcia dysku, nie mam w kręgosłupie jednego kręgu. To było zaniedbane. Teraz mi się podoba, jak patrzę na trenera Starcevicia, on nie lekceważy niczego. Zapewnia chłopakom opiekę. Mną się nikt nie zajmował. Zwłaszcza w okresie rehabilitacji. A rehabilitacja jest ważniejsza od samej operacji. Ja wszystko robiłem sam, nikt mną nie kierował. Po kontuzji było już ciężko, tak naprawdę to do dziś się nie odnalazłem. Nie miałem już takiej siły, takiej pewności, rytmu, jak wcześniej.
Powrót do domu
Wróciłem do Polonii, do drugiej ligi. Był tu trener Matić, który szykował drużynę na awans do ekstraklasy. To był rok 1999. Po sezonie awansowaliśmy. Po powrocie do Warszawy sportowo miałem już gorsze momenty, pojawiły się kolejne kontuzje. Miałem ciężką kontuzję achillesa (może to jeszcze pamiątka po trampkach firmy „Stomil"), długą rehabilitację. Na treningach było dobrze, w meczach gorzej. Czułem się potrzebny drużynie, byłem lubiany w zespole. Nie czułem się jednak w pełni wykorzystywany, nie odczuwałem wtedy ani fizycznego, ani psychicznego komfortu. Każdy mówił, że byłem dobrym duchem, budowałem atmosferę. Były przebłyski, ale nie było mi z tym dobrze.
Miałem jednak to szczęście, że byłem członkiem naprawdę dobrej ekipy. Walter Jeklin, Eric Elliott, Otis Hill, Jeff Nordgaard, Eric Taylor to byli świetni zawodnicy, fajnie się z nimi grało. Ja ich super wspominam, tak pod względem koszykarskim, jak i prywatnie. O Walterze nie mówię, bo jest teraz moim szefem (śmiech). Otis był jednym z lepszych centrów w Polsce, on nawet później, jak grał we Włocławku, to zawsze o mnie pytał. Nie mam z nim takiego kontaktu, jak z Jeffem Nordgaardem, z nim jestem w stałym kontakcie. Jeff to wspaniały człowiek i mój rówieśnik (może to dobry rocznik), świetny, jeśli chodzi o utrzymanie atmosfery w zespole. Eric Taylor chyba wróci do Polski. On zawsze chce, żeby z nim rozmawiać tylko po polsku, a idzie mu ciężko. Do tego wśród swoich rodaków to oryginał. Gdy większość czarnoskórych amerykanów posiada swój specyficzny sposób bycia, to Eric jest inny, zachowuje się jak typowy europejczyk. Eric Elliott imponował mi z kolei tym, że był tak twardy. On cały czas grał z kontuzją kolana, ale pokazywał nam, jakim można być twardym. Byli tu jeszcze Łukasz Koszarek i Krzysiek Roszyk, tworzyliśmy ZESPÓŁ. To była naprawdę dobra paczka, a ja się cieszę, że mogłem w niej być. Zdobyliśmy dwa brązowe medale.
Gdy już postanowiłem o końcu mojej koszykarskiej kariery, to Walter namówił mnie, bym pograł jeszcze jeden sezon jednocześnie ucząc młodych zawodników w Polonii 2011. To była dla mnie świetna rzecz. Nawet teraz ogromną przyjemność sprawia mi to, że trener czasami mnie wykorzystuje na treningu jako zawodnika. Wieku nie da się jednak oszukać, mam za sobą trochę kontuzji. Te kontuzje to też efekt mojego charakteru, że angażuje się zawsze na 100%. Krzysiek Roszyk ma też to samo, my nie umiemy przyhamować. Na treningu nawet jak trener każe zwolnić, ja nie potrafię, nie umiem inaczej. Była taka sytuacja w poprzednim roku, że w czasie ćwiczenia, chyba na płotkach, chciałem być najszybszy. Maciek Piechota, nasz fizjoterapeuta, mówił trenerowi, że ten „Miły" to twardy gość. Trener na to, że ten, kto miał dwie żony, musi być taki (po rozwodzie jestem ponownie żonaty).
Teraz i dawniej
Tę koszykówkę z połowy lat dziewięćdziesiątych bardzo dużo różni od dzisiejszej. Jak oglądam swoje stare kasety, nawet teraz z trenerem, to myślę: co ja robię, dlaczego tak wolno wychodzę po zasłonie. Ciągle widzę mnóstwo sytuacji rzutowych, które powinienem wykorzystywać. Teraz gra się dużo szybciej, bardziej fizycznie. Wtedy nie było takiego nacisku w obronie, grało się swobodniej, wolniej. Koszykówka strasznie poszła do przodu.
Uważam, że w tej nowoczesnej koszykówce też bym się odnalazł. Bo dużo siedzi w sercu. Od tego zależy powodzenie w sporcie. Albo się to ma, albo nie. Teraz mamy w Polonii 2011 taką grupę, że jeden drugiego ciągnie, ale jest ogromna rywalizacja, o grę, o hierarchię w drużynie. To jest może trochę dzikie, pierwotne, ale zdrowe.
Patrząc w przeszłość, to oceniam, że ja i moje pokolenie byliśmy tu ostatnim, które mogło się rozwijać grając jednocześnie w ekstraklasie. Mając 17-18 lat my już mogliśmy cyklicznie występować na parkiecie i to w dużym wymiarze. Teraz taką możliwość może mieć jakiś super uzdolniony zawodnik. Oczywiście teraz ci młodzi zawodnicy mogą też zarobić już dużo większe pieniądze niż my w początkach kariery.
Generalnie myśląc o naszej koszykówce, tendencjom jej rozwoju, to jestem trochę przerażony tym, że wszyscy są nastawieni na natychmiastowy sukces. Na taki sukces to trzeba długo pracować, inaczej się nie da, chyba że tak jak w Sopocie włożymy w to ogromne pieniądze.
Cieszy mnie to, że w Polonii 2011 przyjęliśmy taki model funkcjonowania. W Sopocie też zwrócili uwagę na szkolenie, wyłożyli spore środki na ten cel, zaangażowano dużo trenerów, także świetnych fachowców z Litwy. Trochę podupadła za to szkółka Anwilu, rozwijana wcześniej przez trenera Urlepa, ale tam udało się skutecznie wypromować kilku zawodników. Ja jednak twierdzę, że nasz model jest fantastyczny. Nasi zawodnicy mogą grać w I lidze, w II lidze, w juniorach. Każdy z nich znajduje swoje minuty na parkiecie, szansę rozwoju.
Zawód: trener.

My mamy trenera Mladena Starcevicia. Dla mnie jest on jak profesor, choć chyba nie ma takiego tytułu. Byłem jego zawodnikiem, teraz jestem asystentem. Jego wiedza o koszykówce jest ogromna, a jest przy tym człowiekiem ambitnym i pracowitym. Niespotykane jest to, że on angażuje się we wszystko, co dotyczy jego zawodników. Włącza się w fizjoterapię, jeździ na rozmowy z lekarzami, pyta o sposoby rehabilitacji, rehabilitantów zaprasza na nasze treningi, żeby wiedzieli, co robimy. Nasz lekarz musi być 24 godziny na dobę pod telefonem.
Widzę efekty jego pracy. Ma znakomite metody treningowe, pod jego okiem pod względem techniki widać wielki progres u zawodników. Ja to wszystko sobie gdzieś zapisuję, zapamiętuję. Czuję się prawdziwym szczęściarzem, mam się od kogo uczyć. W wakacje w Gdyni widziałem się z Igorem Miliciciem. Gdy się dowiedział, że jest z nami Starcević to powiedział, że trafiliśmy w dziesiątkę. Jest prawdą, że taki Sani Becirović nie wyobraża sobie przygotowań do sezonu bez Mladena. Na razie trener ma kłopoty z językiem. Mówi, że żadne ćwiczenie na treningu nie jest trudniejsze od tego, że on musi się nauczyć polskiego.
Jestem szczerze zdziwiony, że człowiek taki jak Mladen odnajduje się w tej naszej rzeczywistości. Ja może jestem przyzwyczajony do tego, że zamyka się nam salę treningową, bo są targi, a gdy idziemy na drugą, to mamy wolny jeden sektor, a na pozostałych trwają zajęcia WF z ośmiolatkami, którzy niemiłosiernie hałasują. To nie jest dobre, nie wolno przyzwyczajać się do złych rzeczy. To tak, jakby człowiek się przyzwyczaił do życia w przyczepie kempingowej. Można, ale nie tak powinno się żyć. Eric Elliott mówił nawet, że my to żyjemy jak Indianie, bez domu. Dla niego to jest niepojęte.
Ja chcę zostać trenerem, chcę się uczyć tego zawodu. Na razie jestem instruktorem i zamierzam walczyć o drugą klasę trenerską. Będę aplikował u trenera Hucińskiego. Chociaż trener Huciński posiada bardzo dużą wiedzę trenerską, to będę chciał mu zaszczepić to, czego nauczyłem się już do Mladena. Oni zresztą się już spotkali i trener Huciński sam przyznał, że jest pod wielkim wrażeniem naszego trenera, chce się tu trochę też włączyć, będzie nam pomagał. Teraz chcę wrócić na studia, które kiedyś musiałem przerwać. Razem z Krzyśkiem Roszykiem chcemy rozpocząć studia na wiosnę. Mam ten plus, ze mam za sobą bogatą zawodniczą karierę, zostałem nawet asystentem na kursie trenerskim. Nawet nie musiałbym na ten kurs chodzić, ale ja chcę się uczyć. Przecież nie tylko jest ważne, by wiedzieć, jak to się robi, ale też jak to pokazać. A detale są niezwykle ważne. A to wiem właśnie od trenera Starcevicia, wcześniej nie zwracałem na to tyle uwagi.

wspiera działalność sportową
FUNDACJI POLONIA 2011
























